6 maja, 2026

To nie hulajnoga zawiniła. Historia pewnego 12-latka, która pokazuje, że zakazy to za mało

W dyskusji o hulajnogach elektrycznych bardzo łatwo wpaść w prosty schemat: wypadek, dziecko i do tego hulajnoga, więc pojawia się szybki wniosek: „hulajnogi są niebezpieczne”. Tylko, że prawdziwe życie rzadko mieści się w takich skrótach.

Na początku roku szkolnego 2025/2026 doszło do zdarzenia drogowego z udziałem 12-letniego chłopca poruszającego się hulajnogą elektryczną w Rzeszowie. Już na wstępie należy dodać, że chłopiec miał pełne prawo poruszać się hulajnogą elektryczną, ponieważ nie było jeszcze przepisów dotyczących wymaganego wieku 13 lat. Na pierwszy rzut oka mogłaby to być kolejna historia pasująca do medialnej opowieści o „niebezpiecznych hulajnogach”. Kiedy jednak spokojnie przyjrzymy się szczegółom, obraz staje się dużo bardziej złożony.

Bo w tej historii problemem nie była sama hulajnoga. Był przejazd rowerowy, samochód, chwila zaufania dziecka do drugiego uczestnika ruchu, błąd kierującej i sytuacja, która równie dobrze mogłaby dotyczyć roweru.

Najważniejsze jest jednak coś innego: ten wypadek pokazuje, jak bardzo potrzebujemy praktycznej edukacji, rozmowy z dziećmi i oswajania nowych form mobilności zamiast prostego straszenia.

W rozmowie z mamą chłopca bardzo wyraźnie wybrzmiało jedno: hulajnoga nie była przypadkowym zakupem z niepewnego źródła. Rodzice podeszli do tematu świadomie. Ojciec dziecka sam szukał modelu odpowiedniego zarówno dla syna, jak i dla siebie. Po dostarczeniu pojazdu osobiście go sprawdził. Jeździł na nim, aby upewnić się, że hulajnoga jest ograniczona do wymaganych 20 km/h i spełnia podstawowe oczekiwania dotyczące bezpieczeństwa.

Pojazd pochodził z legalnego źródła, nie był odblokowany. Miał służyć do codziennego, praktycznego przemieszczania się. Schemat dnia wyglądał zwyczajnie, jak w wielu rodzinach. Rano rodzice zawozili chłopca do szkoły samochodem, ale w związku z dodatkowymi zajęciami poza szkołą, hulajnoga była przewożona w bagażniku i następnie używana przez chłopca po lekcjach.

To ważny szczegół, bo pokazuje, że nie mamy tu do czynienia z lekkomyślnością, nielegalnym sprzętem czy rodzicielskim przyzwoleniem na ryzykowną jazdę. Mamy rodzinę, która podeszła do nowej formy mobilności odpowiedzialnie.

Do zdarzenia doszło po południu, na przejeździe rowerowym. Chłopiec poruszał się drogą dla rowerów, wjeżdżając na przejazd dla rowerzystów, zauważył zbliżający się samochód, auto jechało bardzo wolno. Z relacji rodziców wynika, że chłopiec był bardzo ostrożny w takich sytuacjach. Tym razem założył jednak, że skoro samochód porusza się tak wolno, kierująca musiała go zauważyć. Nie upewnił się dodatkowo, czy rzeczywiście został dostrzeżony poprzez kontakt wzrokowy.

W momencie przejazdu doszło do potrącenia.

Na miejsce została wezwana Policja, a zgłoszenia dokonał świadek zdarzenia. Postępowanie trwało prawie pół roku i ostatecznie wina została przypisana kierującej samochodem. Chłopiec nie został uznany za sprawcę zdarzenia.

Dlatego to jest bardzo istotne! Nie mówimy o dziecku jadącym odblokowaną hulajnogą, z nadmierną prędkością, w sposób rażąco niezgodny z przepisami. Mówimy o młodym uczestniku ruchu, który poruszał się pojazdem elektrycznym podobnie jak mógłby poruszać się rowerem.

Chłopiec miał na sobie kask. I wszystko wskazuje na to, że właśnie ten element miał ogromne znaczenie. Mimo że samochód poruszał się wolno, siła zderzenia była wystarczająca, aby dziecko uderzyło głową o asfalt. Skutkiem wypadku były m.in. skręcony staw skokowy i liczne potłuczenia. Mama chłopca zwróciła uwagę, że syn trenuje siatkówkę, jest sprawny fizycznie i wysportowany. Można przypuszczać, że jego ogólna sprawność również pomogła ograniczyć skutki zdarzenia.

Ale najprostszy wniosek jest oczywisty: kask nie jest dodatkiem. W praktyce może zdecydować o tym, czy zdarzenie kończy się potłuczeniami, czy poważnym urazem głowy.

W takich sytuacjach najczęściej mówi się o obrażeniach, winie i przebiegu postępowania. Rzadziej mówi się o tym, co zostaje później.

A przecież może pozostać strach.

Chłopiec próbował wrócić do jazdy hulajnogą. Po wypadku korzystał z niej kilka razy, ale wybierał znacznie dłuższą trasę do domu, aby ominąć miejsce zdarzenia.

Mama przyznała, że gdyby syn dzisiaj zapytał o możliwość ponownego korzystania z hulajnogi, prawdopodobnie by się nie zgodziła. Wolałaby, aby wybrał rower, który w jej odczuciu wydaje się bezpieczniejszy.

I trudno się temu dziwić. Rodzic, którego dziecko uczestniczyło w wypadku, ma prawo się bać. Ma prawo patrzeć na dany środek transportu przez pryzmat własnego doświadczenia, emocji i troski, ale właśnie dlatego potrzebna jest spokojna rozmowa. Bo pytanie brzmi: czy naprawdę boimy się hulajnogi jako pojazdu, czy raczej tego, że nie do końca wiemy, jak przygotować dziecko do korzystania z niej w realnym ruchu?

Dzieci i młodzież coraz częściej traktują hulajnogę elektryczną oraz inne nowoczesne środki transportu, jak np. monocykl elektryczny, jako normalny sposób przemieszczania się w końcu dla nich to wygodny sposób dojazdu do szkoły, na zajęcia oraz do znajomych. Szybko, bez korków, bez czekania na autobus i co dla wielu istotne bez zależności od rodziców.

Dla wielu dorosłych hulajnoga nadal jest czymś obcym. Gadżetem. Nowinką. Czymś, co pojawiło się w ruchu drogowym szybko i bez wystarczającego przygotowania społecznego.

Jeżeli dorosły nigdy nie jechał hulajnogą po mieście, może nie znać jej dynamiki, sposobu hamowania, ograniczeń, stabilności, zachowania na nierównościach czy tego, jak wygląda przejazd przez skrzyżowanie z perspektywy użytkownika takiego pojazdu. A jeśli czegoś nie znamy, łatwiej się tego boimy.

Ten strach wzmacnia jeszcze przekaz medialny. W przestrzeni publicznej często widzimy wypadki, kolizje i skrajnie nieodpowiedzialne zachowania użytkowników hulajnóg. Znacznie rzadziej pokazuje się codzienne, spokojne przejazdy, legalne pojazdy, odpowiedzialnych rodziców, kaski, edukację i dobre praktyki. To po prostu jest mało interesujące.

W efekcie powstaje uproszczony obraz: hulajnoga równa się zagrożenie, a rzeczywistość jest dużo bardziej wymagająca.

Kiedy młody człowiek przygotowuje się do prowadzenia samochodu, przechodzi kurs, teorię, praktykę, jazdy z instruktorem i egzamin. Kiedy dziecko zaczyna korzystać z hulajnogi elektrycznej, często dostaje pojazd, kask i kilka zdań od rodzica: „jedź ostrożnie”, „uważaj na samochody”, „nie szalej”. To za mało.

Jeżeli hulajnogi elektryczne stały się częścią codziennej mobilności, musimy zacząć traktować je poważnie także w edukacji. Dziecko powinno wiedzieć nie tylko, gdzie może jechać, ale też jak hamować, jak obserwować otoczenie, jak przejeżdżać przez przejazd rowerowy, jak zachować się przed skrzyżowaniem, jak rozpoznać, czy kierowca samochodu je widzi, dlaczego kask ma znaczenie i dlaczego legalny, ograniczony pojazd jest podstawą bezpieczeństwa. To nie może być wyłącznie teoria zapisana w przepisach.

Potrzebna jest praktyka. Bezpieczne warunki. Ćwiczenia. Rozmowa. Powtarzanie dobrych nawyków. Jeżeli w ramach karty rowerowej uczymy dzieci zasad ruchu drogowego, hulajnoga elektryczna również powinna być obecna nie tylko jako pojęcie, ale jako realny środek transportu, z którym dziecko może się spotkać na drodze.

Po wypadku najłatwiejszą reakcją jest zakaz, to nadal jest naturalny schemat zachowania. Rodzic chce chronić dziecko, więc mówi: „koniec z hulajnogą”, „będziesz starszy to będziesz jeździł". W jednej rodzinie taka decyzja może wydawać się najbezpieczniejsza, ale jako społeczeństwo nie rozwiążemy problemu wyłącznie zakazami.

Dzieci, młodzież oraz dorośli będą korzystać z nowych form mobilności. Hulajnogi elektryczne już są częścią miast. Pytanie nie brzmi więc, czy one znikną. Pytanie brzmi: czy nauczymy młodych ludzi korzystać z nich odpowiedzialnie. Zakaz może ograniczyć ryzyko w konkretnym domu. Edukacja może ograniczyć ryzyko szerzej: w szkołach, na osiedlach, na drogach dla rowerów, przy przejazdach i skrzyżowaniach.

Wypadki z udziałem rowerzystów nie sprawiają, że uznajemy rower za zły środek transportu. Wiemy, że rowerem jeżdżą dzieci, młodzież i dorośli. Wiemy, że są różne drogi, różna infrastruktura i różne zachowania uczestników ruchu. Dlatego rozmawiamy o kaskach, ścieżkach rowerowych, edukacji, widoczności i ostrożności.

Podobnie powinniśmy patrzeć na hulajnogi elektryczne.

Im więcej użytkowników, tym więcej sytuacji drogowych z ich udziałem. Sama obecność hulajnogi w statystykach nie oznacza automatycznie, że to ona jest przyczyną problemu. Oznacza, że nowy środek transportu stał się realnym elementem ruchu drogowego. A skoro tak, trzeba go włączyć do poważnej edukacji, a nie spychać do roli sensacyjnego tematu.

Przewijanie do góry